„Agencja raportuje świetne wyniki. Mamy leady, mamy zasięg, mamy tysiące kliknięć. Ale w klinice nic się nie zmienia – grafik wciąż ma luki, a kasa się nie zgadza.” To frustracja, którą słyszę niemal na każdym audycie. Właściciel zazwyczaj konkluduje: „Muszę zmienić agencję”. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że w 80% przypadków problem nie leży w marketingu. Problem leży w tym, co ten marketing ma zasilać.
Wyobraź sobie, że prowadzisz restaurację. Zatrudniasz naganiacza, który stoi na ulicy i zaprasza gości. Robi to świetnie – co godzinę wprowadza do lokalu 50 osób. Ale w środku kelnerzy są nieuprzejmi, na stolik czeka się godzinę, a jedzenie jest zimne. Goście wychodzą, nic nie zamawiając. Czy to wina naganiacza? Nie. On dowiózł „ruch”. To restauracja nie dowiozła „obsługi”.
W medycynie komercyjnej marketing jest właśnie takim naganiaczem. Jego jedynym zadaniem jest sprawić, by telefon zadzwonił lub by pacjent zostawił dane w formularzu. To, co dzieje się później – czy pacjent się umówi, przyjdzie i zapłaci – to już odpowiedzialność wewnętrznych procesów kliniki.
