„Mamy pełne obłożenie, ale nie mamy pieniędzy.” To zdanie brzmi jak paradoks, ale w medycynie jest smutną codziennością. Często problemem kliniki nie jest zbyt mała skala – tylko zła struktura. Niektóre usługi działają jak nowotwór: „zjadają” zasoby kliniki (czas, energię, recepcję), nie dając nic w zamian poza ruchem w poczekalni.
Wielu właścicieli klinik, z którymi rozmawiam, wpada w pułapkę „wolumenu”. Patrzą w grafik i widzą: 90% zajętych terminów. Jest dobrze. Zespół pracuje.
Dopiero analiza finansowa (taka, która uwzględnia koszty stałe i zmienne) ujawnia brutalną prawdę: 70% tego czasu poświęcone jest na usługi, na których klinika wychodzi na zero lub zarabia grosze. Te usługi generują zmęczenie, kolejkę i chaos, blokując miejsce dla procedur, które realnie budują zysk placówki.
