Pacjent przyszedł. Lekarz wykonał świetną pracę diagnostyczną. Plan leczenia jest gotowy i logiczny. Pacjent kiwa głową, wychodzi z gabinetu i… nigdy nie wraca. Problem najczęściej nie leży w kompetencjach lekarza ani w cenie usług. Problem leży w „czarnej dziurze” między fotelem a ladą recepcji.
Każdy właściciel kliniki zna to uczucie frustracji. Widzisz w systemie, że dr Kowalski przyjął w tym miesiącu 40 nowych pacjentów. Zdiagnozował u nich potrzeby na łączną kwotę 200 tysięcy złotych. Ale realnie na leczenie umówiło się 5 osób. Gdzie jest reszta?
Większość lekarzy tłumaczy to sobie tak: „Było dla nich za drogo”, „To nie był pacjent na tak kompleksowe leczenie”, „Muszą przemyśleć”.
